Z Przemyśla jedziemy koleją do źródeł Sanu [WIDEO]

Czytaj dalej
Fot. Norbert Ziętal
Norbert Ziętal

Z Przemyśla jedziemy koleją do źródeł Sanu [WIDEO]

Norbert Ziętal

Po stromych, wysokich schodach wsiadamy do bezprzedziałowego wagonu z drewnianymi siedzeniami. Wszystko niemiłosiernie toporne. Ale warto się trochę pomęczyć dla niesamowitych widoków za oknami.

Siódma rano, pierwszy peron stacji Przemyśl Główny. W spalinowej drezynie komplet pasażerów. Dokąd jedzie ten pojazd? Do Niżankowic, na Ukrainie. W jaki sposób? Przecież pociągi z Przemyśla przez Niżankowic nie kursują od 23 lat, granica w tym miejscu jest zamknięta.

Nasz dzisiejszy cel to udowodnienie, że w ciągu jednego dnia turysta może dotrzeć z Przemyśla do Wołosianki i na Ukrainie, przejechać najładniejszą linią kolejową tej części Europy. Do Sianek i źródeł Sanu, a pod wieczór wrócić do Przemyśla. Teoretycznie można to zrobić korzystać tylko z połączeń kolejowych.

- Drugi raz udało się „na chwilę” uruchomić przejście kolejowe, polsko - ukraińskie przejście graniczne Malhowice - Niżankowice - wyjaśnia Karol Gajdzik ze stowarzyszenia Linia102.pl z Przemyśla. 102, bo tak oznaczona jest linia kolejowa z Przemyśla do polsko - ukraińskiej granicy w Malhowicach.

Jesienią społecznicy i przedstawiciele różnych organizacji odkrzaczyli i oczyścili z dzikiej roślinności 12 km toru. Czyścili z myślą o turystycznych przejazdach lekkimi drezynami, ale jak zobaczyli piękny tor i zamknięty bramą wjazd na Ukrainę stwierdzili „tędy pojadą kiedyś pociągi”.

Pierwszy raz udało się na ubiegłorocznego Mikołaja, gdy świąteczne paczki z Polski trafiły do polskich i ukraińskich dzieci w Chyrowie na Ukrainie. Pierwszy raz św. Mikołaj przyjechał do Chyrowa pociągiem.

Kilka dni temu udało się drugi raz. To zasługa Karola Gajdzika, ale także jego ludzi z 102.pl, m.in. Wacława Majki, Marii Tokarskiej-Żywczak, Wiesława Wojtowicza.

Przekraczamy nieistniejące przejście kolejowe

Drezyna powoli wtoczyła się na terytorium Ukrainy, w pobliże stacji w Niżankowicach. Oczywiście każdy pasażer musiał mieć paszport i został odprawiony. Polscy strażnicy nie przybijają żadnych pieczątek, ukraińscy tak. Tylko, jako miejsce kontroli nie są wpisane Niżankowice lecz Smolnica. To najbliższe polsko - ukraińskie przejście Krościenko - Smolnica. Do tego z oznaczenia na pieczęci wynika, że przekroczyliśmy drogowe przejście, a my byśmy chcielibyśmy mieć wbite kolejowe, bo tak jechaliśmy.
- Teraz przesiadamy się na busa - komenderuje pan Karol.

Dlaczego? Przecież do źródeł Sanu mieliśmy dojechać pociągiem.

- Można koleją dojechać na dwa sposoby. Sukcesem jest to, że pojazdem kolejowym przekroczyliśmy granicę w tym miejscu i odjechaliśmy do Niżankowic. Stąd bez problemu moglibyśmy złapać połączenie do Sambora, a stamtąd dotrzeć kolejnym pociągiem do Wołosianki. Niestety, nie zrobimy tak, bo to wymagałoby zbyt dużo czasu i na dzisiaj nie ma korzystnych połączeń. Inny wariant to wynajęcie od ukraińskich kolei szynobusu, ale to byłaby bardzo droga impreza - mówi pan Karol.
Z tych powodów jedziemy busem. W naszej grupie są przemyślanie, ale również sporo osób z głębi Polski.

Paweł Duńczewski z Warszawy, rodak z Ustrzyk Dolnych, specjalnie na tę okazję przyjechał do Przemyśla. Jest pasjonatem kolei, jego cel to przejechanie linią Wołosianki - Sianki.

- Dla mnie jest to duża atrakcja, bo jako sympatyka kolei interesują mnie takie inicjatywy. Jestem zachwycony - mówi pan Paweł.

Jakiś czas temu stowarzyszenie 102.pl ogłosiło zamiar organizacji „rozpoznawczej” wycieczki na Zakarpacie. Zainteresowanie było tak duże, że „pretensje” mieli organizatorzy innych kolejowych imprez, w innych częściach Polski, które miały się odbyć w miniony weekend. Zaczęli się obawiać o frekwencję u siebie. Trasa Przemyśl - ukraińskie Sianki biła inne. Ostatecznie, z powodu pewnych problemów logistycznych, mogła pojechać znacznie mniejsza ilość osób niż pierwotnie planowano.

Turyści bardzo by się przydali, zarobilibyśmy

Kilka km od Wołosianki zatrzymujemy się w przydrożnym sklepie - barze. Robimy jakieś podstawowe zakupy na dalszą część trasy. Ekspedientka promienieje ze szczęścia.

- Kilka minut waszej obecności i mam trzydniowy obrót - mówi z zadowoleniem.

- A co będzie, jak ściągniemy tutaj masy turystów? - zagadujemy.

- Oj, zaraz powiększę sklep - odpowiada.

Stacja Wołosianki. Oprócz naszej grupy, tylko kilka pojedynczych osób. Jednak oni nie są turystami, to tutejsi. Korzystają z tego pociągu, jako środka transportu.
- Byłem pewien, że na tej stacji spotkamy minimum jakieś dwie inne grupy turystów. Tymczasem nie ma nikogo. Fakt, nie jest to jeszcze sezon turystyczny, ale kwiecień to miesiąc, w którym ludzie zaczynają się już ruszać - ocenia pan Karol.

Nadjeżdża ogromne cielsko pociągu. Lokomotywa musi być solidna, bo zaraz czeka ją 18-kilometrowa wspinaczka do Sianek. Skład pokona 27 pięknych estakad, 6 tuneli i 370 - metrową różnicę wysokości. Jest trudno, dlatego składy towarowe na tej linii obsługiwane są nawet przez trzy lokomotywy. W środku cieplutko, co ma znacznie po kilkunastominutowym oczekiwaniu na zacinającym śniegu. Jednak to wyposażenie w środku... Jakbyśmy się przenieśli kilkadziesiąt lat do tyłu. Drewniane, niewygodne siedzenia, metalowe półki na bagaż. Ale... to też swego rodzaju atrakcja.

Za oknami przepięknie. Dla takich widoków tutaj jechaliśmy

Nie możemy nacieszyć oczu krajobrazem przemykającym za oknami wagonu. Pada deszcze ze śniegiem, widoczność nie jest najlepsze, ale pomimo tego widok są wspaniałe. Szczególnie gdy dojeżdżamy do kolejnych estakad.

- Dla takich widoków tutaj jechaliśmy - zachwyca się pan Karol. Przegląda ile zapłacił konduktorowi za bilety dla grupy. W przeliczeniu, wychodzi ok. 1,5 złotych za osobę. Normalny bilet, bez żadnych ulg.

Po nieco ponad pół godzinie docieramy do Sianek. Nasza grupa wzbudza sensację na małej stacyjce. Stąd już tylko „rzut beretem” do źródeł rzeki San, przepływającej przez Przemyśl. - To atrakcja turystyczna doskonała na jednodniowy wypad turystyczny z bazą w Przemyślu - ocenia pan Karol.

Sianki - przedwojenny, znany polski kurort

Sianki przed wojną były liczącym się na mapie turystycznej, górskim kurortem. Na przełomie lat 1933/935 Przemyskie Towarzystwo Narciarzy uruchomiło tutaj schronisko narciarskie. Po wojnie Sianki przedzieliła granica pomiędzy Polską i ZSRR. Obecnie polska część wioski jest wyludniona, prawie nic się nie zachowało. Można tutaj dojść pieszo. Widać położoną niżej ukraińską część Sianek, drogę i tory kolejowe.

W ukraińskiej części Sianek mieszka ok. 600 osób. Niedaleko od tej miejscowości są źródła Sanu

Norbert Ziętal

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.