Pszczelarz spod Pruchnika: niedźwiedź zakrada się do mojej pasieki i wyżera miód

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Łokaj
Anna Janik

Pszczelarz spod Pruchnika: niedźwiedź zakrada się do mojej pasieki i wyżera miód

Anna Janik

Miód, larwy pszczół, a nawet dorosłe osobniki - wszystko to pada łupem misia żarłoka, który systematycznie nachodzi i demoluje pasiekę pana Piotra. Bezradny pszczelarz prosi o pomoc leśników, przyrodników i urzędy.

Pojawia się pod osłoną nocy. I zostawia wyraźne ślady każdej swojej wizyty. Powyginane pręty zabezpieczające ule stojące na wozie, pazury na ich dachach, rozwalone ramki i wygryzione plastry - to widok, który już czterokrotnie oglądał Piotr Blajer, pszczelarz z Chorzowa pod Pruchnikiem.

- Ten gad zębiskami rozgryza styropianowy daszek, a potem zjada wszystko do spodu - ubolewa.

Mowa o ogromnym, ważącym prawdopodobnie ok. 200 kg, niedźwiedziu, który tak upodobał sobie miód pana Piotra, że bez skrupułów wyżera go prosto z jego uli. Te stoją na działce należącej do nadleśnictwa, a dzierżawionej przez pana Piotra. Skąd się tu wziął, skoro po tej stronie Sanu niedźwiedzie raczej nie występują? Okazuje się, że wiosną z południa w te okolice zawędrowała niedźwiedzica z dwoma młodymi, która już dawno się stąd oddaliła. Za nią przywędrował samiec, który pożywienia szuka teraz w pasiekach. Pan Piotr ma na to nawet dowód, bo zainstalowana przy pasiece fotokomórka podczas jednej z uczt zrobiła żarłocznemu niedźwiedziowi zdjęcie.

Duży samiec

Ofiarą misia łakomczucha padło dotąd 11 uli. W każdym mieszka ok. 60 tys. pszczół, które drapieżnik również zjada! Nie gardzi nawet czerwiem, czyli larwami pszczół. Gęste futro i gruba skóra sprawiają, że pszczoły nie są w stanie zrobić mu krzywdy, dlatego bezkarnie ponawia swoje wizyty w pasiece. Straty są ogromne. Te materialne pracownicy Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska wycenili już na 11 tys. złotych.

- Ale wiadomo, że mniej pszczół to także mniej wyprodukowanego i sprzedanego miodu. Ten rok jest naprawdę pechowy, bo już w styczniu dzięcioły, szukając pożywienia, wywierciły mi w ulach ogromne dziury, potem susza i teraz jeszcze ten niedźwiedź

- załamuje ręce pszczelarz.

Pan Piotr z problemem czuje się pozostawiony sam sobie, bo poza wypłatą odszkodowania RDOŚ nie robi nic, by zapobiec tego typu sytuacjom. O zamontowanie elektrycznego pastucha do Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska muszą zawnioskować wójt gminy albo nadleśnictwo.

- Obok mojej pasieki, 500 m dalej, jest kolejny pszczelarz, który też lada dzień może mieć straty. Bo niedźwiedź, który już nauczył się, że ma w pobliżu pokarm, nadal będzie tu przychodził - dodaje pan Piotr. - W tej okolicy jest 6 tysięcy uli, ja sam mam ich ok. tysiąca, więc koszty wypłat odszkodowań będą rosły. Może tego niedźwiedzia należałoby po prostu złapać w jakąś klatkę i wywieźć tam, gdzie nie będzie czynił takiego spustoszenia - dodaje.

Pasieka wędrowna

Gospodarz tłumaczy, że jest właścicielem tzw. pasiek wędrownych. W zależności od tego, jaki rodzaj miodu w niej powstaje, ule „jeżdżą” na spadź w różne miejsca. Rocznie pan Piotr wytwarza setki litrów miodu, m.in. gryczany, wrzosowy, wielokwiatowy, rzepakowy i nawłociowy. Dlatego nie jest w stanie ogrodzić uli albo przenieść ich w inne miejsce.

- To tak jakby ktoś przyszedł do rolnika i powiedział mu, żeby nie siał tu pszenicy, bo w okolicy grasują dziki. Koła łowieckie jakoś to regulują, z niedźwiedziem jest problem, bo jest pod ochroną. I nikt nie czuje się za niego odpowiedzialny

- dodaje pszczelarz.

Przedstawiciele RDOŚ tłumaczą, że ich podstawowym obowiązkiem w przypadku szkód wyrządzonych przez zwierzęta chronione, zgodnie z prawem jest właśnie wypłata odszkodowań.

- Dodatkowo ustawa o ochronie przyrody stanowi, że właściciele lub użytkownicy gospodarstw rolnych i leśnych mogą współdziałać z nami w zakresie sposobów zabezpieczania upraw i płodów rolnych przed szkodami powodowanymi przez zwierzęta - tłumaczy Łukasz Lis, rzecznik RDOŚ w Rzeszowie. - Podkreślam słowo „współdziałać”, które z definicji wymaga chęci działania z dwóch stron. Tymczasem pan Piotr Blajer nie zwrócił się do RDOŚ oficjalną drogą z prośbą o pomoc w zabezpieczeniu jego pasieki. Jeżeli wystąpi z taką propozycją, rozważymy możliwość kupienia tzw. pastucha elektrycznego.

Rzecznik Lis dodaje, że w przypadku pasiek zlokalizowanych z dala od ludzkiej zabudowy, w dużych kompleksach leśnych na południu Podkarpacia, prawdopodobieństwo wystąpienia szkody jest dużo wyższe niż w innych lokalizacjach.

- Należy być świadomym, że wówczas to my jesteśmy na terytorium niedźwiedzia, a nie odwrotnie. Wtedy rozsądnym wydaje się zabezpieczenie się przed wystąpieniem szkody

- podkreśla Łukasz Lis.

Miś sam nie zrezygnuje

Rzecznik tłumaczy też, że wypłata odszkodowań za zniszczenia wyrządzane w pasiekach, które znajdują się na dzierżawionych działkach należących do Lasów Państwowych, to duże obciążenie dla budżetu RDOŚ. Na ten cel wydano już 107 tys. zł. Dlatego RDOŚ w Rzeszowie ma zamiar wystąpić z pismem do dyrektora RDLP w Krośnie o rozważenie zmiany lokalizacji lub odmowę umieszczenia pasieki, która położona jest na działce zagrożonej atakami niedźwiedzi. Możliwy jest też scenariusz zobligowania samych pszczelarzy do zabezpieczania uli przed wystąpieniem szkody.

Edward Marszałek, rzecznik RDLP w Krośnie, zaznacza, że niedźwiedzie po lewej stronie Sanu nie powinny budzić zdumienia, bo pierwsze osobniki widziano tam już 10 - 15 lat temu.

- Niedźwiedzie to zwierzęta terytorialne. O ile samica wodząca młode zajmuje zwykle obszar jednej, dwóch dolin i tam szuka pożywienia, o tyle samce potrafią pokonać dystans 100 km w jedną stronę i potem przez kilka dni wracać. Pożywieniem niedźwiedzi jest nie tylko miód, ale też maliny, jagody, padlina. Rzadko zdarzają się ataki na większą zwierzynę

- mówi Edward Marszałek..

I przypomina, że pszczelarze już od czasów średniowiecznych próbowali odstraszać niedźwiedzie od uli. Wieszali na gałęziach tzw. samobitki, czyli kłody na linach, które po poruszeniu uderzały niedźwiedzia w kufę. Dziś zastąpiły je odstraszacze dźwiękowe i elektryczne pastuchy.

- Bez tego niedźwiedź nie zrezygnuje z łatwo dostępnego i smacznego pokarmu - kwituje Edward Marszałek.

Anna Janik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.