Gabriela Pewińska

Wszyscy kolegowali się z Picassem!

Od lewej: Moïse Kisling, aktorka Paquerette i Pablo Picasso, w café La Rotonde, 1916 r. Fot. materiały promocyjne PGS/fotobank.pl Od lewej: Moïse Kisling, aktorka Paquerette i Pablo Picasso, w café La Rotonde, 1916 r.
Gabriela Pewińska

Paryż był miastem magnetycznym, dlatego udacznicy i nieudacznicy z całego świata ciągnęli doń, jemu gotowi oddać życie, z nadzieją na sławę - mówi Bogusław Deptuła, kurator wystawy „Fleur de Paris”.

Paryż początku XX wieku - co w nim było tak pociągającego?

Tamtego Paryża dziś już nie ma, bo zmieniła się geografia sztuki. Wtedy Paryż był jej niekwestionowaną stolicą. Więcej, był stolicą świata! To dotyczyło wszystkich dziedzin życia. Jeśli chcieliśmy modnie się ubrać, dobrze zjeść, bywać w najlepszym towarzystwie, to musieliśmy jechać do Paryża, oczywiście na Riwierze też było nie najgorzej, ale w Paryżu - idealnie.

Dlaczego akurat tam najlepiej czuli się artyści?

Paryż był miastem magnetycznym, „miastem świateł”, a państwo francuskie szalenie zabiegało o stworzenie tu instytucji, które przyciągały wrażliwców, masowo powstawały akademie sztuki, muzea, galerie. Panowały odpowiednie warunki ku temu, by spełnić się artystycznie. Dlatego udacznicy i nieudacznicy z całego świata ciągnęli do Paryża, jemu gotowi oddać życie, z nadzieją na sławę. Były nad Sekwaną szkoły artystyczne na każdą kieszeń. Wystarczyło ledwie parę groszy, by stanąć przy sztalugach w sali, gdzie pozowała modelka, a profesor robił korekty, udzielał cennych rad. Demokratyzacja dostępu do wykształcenia artystycznego była tu czymś niezwykłym, zjawiskiem na skalę światową.

Były też inne „uczelnie” - paryskie kawiarnie.

Trzeba jednak najpierw wspomnieć, że na przełomie XIX i XX wieku miejscem ukochanym przez artystów był Montmartre, najwyżej położona dzielnica Paryża, znana z tego, że stoi tam bazylika Sacré Coeur. W tamtych czasach było to miejsce dość peryferyjne. Zapyziała 18 dzielnica, ale najtańsza, co sprawiło, że na przełomie wieków, aż do I wojny światowej stała się ona ośrodkiem życia artystyczno-alkoholowego. Panowała tam małomiasteczkowa atmosfera, więcej, Montmartre, choć położony w mieście, był właściwie wsią, miejscem osobnym w Paryżu, z ogródkami, grządkami, domkami pokrytymi strzechą, z placem, gdzie spotykali się artyści, gdzie rozkładali swoje sztalugi. Mieszkali tu i Picasso, i Modigliani.

Dziś też maluje się na Place du Tertre, ale dawnej atmosfery już nie ma. A pewnie i prawdziwych malarzy.

Dziś to miejsce nie ma już nic wspólnego ze sztuką. To raczej fabryka tandety turystycznej. Możemy tam nabyć „dzieło” za niewielkie pieniądze, wykonane co prawda „ręcznie”, ale bez wartości artystycznej. Ot, kiczowata pamiątka. Wtedy jednak było inaczej. Przy sztalugach stali wybitni artyści z całego świata. Przyjeżdżali do Paryża po wszystko, po wiedzę, po sławę.

Po miłość.

Też. Na początku XX wieku Montmartre artystom zaczął jednak nie wystarczać. Wesoła brać przeniosła się na Montparnasse, na lewobrzeżną stronę Paryża. Na tym paryskim - nomen omen - Parnassie królowały artystyczne kawiarnie. Do historii przeszły La Rotonde, Deux Magots czy Le Dome, uwieczniona choćby na rysunku Mojżesza Kislinga.

Wszystkie istnieją do dziś.

Wtedy ich właściciele niechcący stawali się opiekunami sztuki. Artysta przecież od czasu do czasu musiał coś zjeść, musiał się napić, a pieniędzy najczęściej nie miał. Albo już nie miał. Walutą stały się dzieła. Dziś szefowie tych knajp byliby miliarderami! Mieliby niewiarygodne fortuny! Wystarczy przypomnieć, że obraz Modiglianiego wart jest blisko sto milionów dolarów, a wtedy w kawiarniach wisiały ich dziesiątki. Knajpy te miały ogromne znaczenie. Przychodziło się tam nie tylko po to, by się napić, ale by rozmawiać.

Paryż początku XX wieku kusił artystów ze wszystkich stron. Wśród nich chyba najliczniejszą grupę stanowili przybysze z Europy Środkowo-Wschodniej, często z terenów dawnej Rzeczypospolitej, zazwyczaj żydowskiego pochodzenia.

Na wystawie mamy zdjęcie polsko-żydowskiej kolonii artystów w La Rotonde, z roku 1924. Przy kawiarnianych stolikach siedzą: Eugenius Zak, Jan Wacław Zawadowski, Henryk Hayden, Gustaw Gwozdecki, Roman Kramsztyk, August Zamoyski.

Kwiat Paryża. Tytuł wystawy w sopockiej Państwowej Galerii Sztuki nawiązuje do zdania z paryskich wspomnień malarza Tadeusza Makowskiego: „Kwiaty i artyści mają podobne dusze”

Ten tytuł zaproponowała Agnieszka Roefler, żona kolekcjonera Marka Roeflera. Wydał mi się wyjątkowo trafny.

Do artystów sfotografowanych w La Rotonde dołączyli niebawem młodsi koledzy, czyli kapiści: Czapski, Cybis, Nacht- Samborski, Potworowski. Przyjechali tam tropem swojego profesora z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, Józefa Pankiewicza, który mawiał: Jeśli sztuka, to tylko w Paryżu.

Malarzy, których prace oglądamy na wystawie w sopockiej Państwowej Galerii Sztuki, wiele łączy. Na pewno pochodzenie. I czas.

Dzieła pochodzą z kolekcji Villa la Fleur Marka Roeflera, biznesmena, który bardzo konsekwentnie od ponad 20 lat buduje zbiory, pozyskując prace artystów związanych z École de Paris. Historycy sztuki są raczej zgodni co do tego, że coś takiego jak École de Paris w zasadzie nigdy nie istniało. Że to jedynie etykietka, którą sygnuje się artystów tworzących nad Sekwaną na początku XX wieku, artystów o różnych sposobach malowania, o różnych sposobach artystycznego myślenia. Nie można zatem mówić o jednoczącej wszystkich estetyce, raczej o miejscu, gdzie wszyscy tworzyli. Między Modiglianim a Soutinem nie ma stylistycznej wspólnoty, łączy ich tylko to, że obaj tworzyli w Paryżu, że byli kumplami. Głównie od flaszki. Dzieła obu miał w swojej galerii Leopold Zborowski. Też niezwykle ważna postać tamtego czasu, także widoczna na zdjęciu zrobionym w La Rotonde. Marszand o duszy poety, wizjoner, odkrywca Modiglianiego. Gdyby galerię Zborowskiego przenieść w dzisiejsze czasy, byłby gigantem finansowym.

A wtedy?

Gdy w 1918 roku z wielkim trudem otworzył pierwszą indywidualną wystawę Modiglianiego, umieszczone w witrynie akty wywołały skandal, w wyniku którego wystawa została zamknięta, a jedyny kupiony obraz - zwrócony.

We wspomnieniach malarza Romana Zrębowicza czytamy: „Modi prowadził życie wprost zabójcze dla organizmu. Bezsenne noce zatruwane absyntem, tygodnie całe bez pożywienia, wypełnione nerwowym, wyczerpującym rysowaniem przygodnych portretów - oto obraz samobójczego życia artysty”. Modigliani umarł w nędzy. Zborowski robił zbiórkę pieniędzy na jego pogrzeb. Tak tworzy się legenda. Wielu z nich odeszło zbyt młodo, jak Eugeniusz Zak, na zawał serca. Wielu pożegnało ten świat niedocenionych, biednych, dziś zapewne byliby królami życia. Modigliani, jak i inni, potrafił robić rysunek za kieliszek absyntu, wiele z tych prac przepadło, ale wiele przetrwało. Niektóre szybko zaczęły zyskiwać na znaczeniu, ich cena rosła. Jednak rosły też apetyty na beztroskie życie.

Na wystawie prezentowane są cztery prace słynnego włoskiego artysty.

W tym portret Zborowskiego właśnie. Wiele nazwisk bohaterów tej ekspozycji nie jest jednak znanych, na przykład rzeźbiarz Osip Zadkine. Ukraiński chłop, który przybył do Paryża i może nie od razu, ale szybko wypracował własny styl. Dziś w jego dawnej pracowni, na ulicy d’Assas, jest poświęcone mu muzeum, bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc Paryża. Mały domek z ogrodem pełnym rzeźb.

Wśród artystów, których prace możemy na sopockiej wystawie oglądać, jest i Mela Muter, polska malarka żydowskiego pochodzenia. Jej prace wysoko cenił Matisse, przyjaźniła się z Rilkem. Zmarła w Paryżu w biedzie i zapomnieniu.

Kolejna legenda. Osobowość. W kolekcji Wojtka Fibaka był kiedyś obraz, na którym artystka odrywa wzrok od sztalugi, by spojrzeć na oglądających obraz. Owo spojrzenie, rzecz jasna, skierowane jest na lustro, w które patrzy, bo maluje swój autoportret. Ale to wzrok kobiety silnej, niezależnej. Była znakomicie wykształcona, wybitnie inteligentna, przez długi czas jej dom był salonem, gdzie spotykała się śmietanka artystyczna Paryża. Podążała swoją drogą, podróżowała w poszukiwaniu inspiracji, jak wielu artystów, na południe Francji. Jej mocny sposób malowania rozpoznajemy natychmiast. Ta ekspresja była dla francuskiej estetyki czymś zaskakującym. Mówi się o zjawisku „ekspresjonizm romański”, to coś, co przywieźli artyści ze Wschodu właśnie.

Kolejna wielka figura tej wystawy i sztuki w ogóle - Tamara Łempicka. Zanim trafiła do Paryża, gdzie malowała, by utrzymać rodzinę, już jako dziewczyna marzyła, by poznać sztukę Włoch. Ponoć wymusiła na ojcu wyjazd za granicę, symulując problemy zdrowotne.

Estetykę przejęła jednak po francuskich malarzach, przyczynił się do tego głównie André Lhote, do którego kubistycznej pracowni uczęszczała w Paryżu.

Sopocka wystawa to też prace artystów, których szalone paryskie życie drastycznie przerwała II wojna światowa. Choćby Adolf Feder, ukraiński malarz żydowskiego pochodzenia. Uczestniczył we francuskim ruchu oporu. Aresztowany w 1942 roku, został osadzony w obozie w Drancy, stamtąd odesłany do Auschwitz, gdzie zginął.

Francja się nie popisała, dość aktywnie pomagała w eksterminacji Żydów, skazując ich na śmierć. Obóz w Drancy to niechlubna karta francuskiej historii. Działalność twórcy Villa la Fleur to przywracanie pamięci także o tych, skazanych na śmierć i zapomnienie, twórcach. To poszukiwanie zaginionych dzieł i przywracanie ich światu. Do pokolenia skazanych na śmierć należał też Roman Kramsztyk, na tej wystawie nie ma jego obrazów, ale można je oglądać w siedzibie kolekcji w Konstancinie. Tworzył i w Paryżu, i w Warszawie, na czas wojny wrócił do Polski, gdzie zginął w warszawskim getcie. Niektórym udało się przeżyć wojenną zawieruchę. Oto Mojżesz Kisling, kolejne wielkie nazwisko sztuki tamtego czasu.

Przez jego słynną pracownię przewinęło się mnóstwo znanych osób: Ernest Hemingway, Henry Miller, Charlie Chaplin, Artur Rubinstein. Mówiło się o nim „Książę Montparnassu”.

Głównie z powodu odniesionego sukcesu, chyba oryginalnej urody i niebieskiego kombinezonu, który przywdziewał w trakcie pracy. Był jednym z przykładów na to, że w Paryżu można odnieść sukces, a uprawianą sztuką zdobyć spore pieniądze. Każdy chciał być przezeń sportretowany. Miał swoją wyraźną manierę. Nieco idealizującą. Te słynne migdałowe oczy, mocno podkreślone brwi, reliefowy sposób malowania, gdy światło kładzie się na obrazie, czyniąc niektóre elementy wypukłymi. Najbardziej rozpoznawalny, obok Modiego, twórca École de Paris. Ale jest wśród artystów sopockiej ekspozycji jedna postać dopiero do odkrycia. Twórca totalnie zapomniany. To Jean Lambert-Rucki. Odkrycie Marka Roeflera, który w trakcie poszukiwań aukcyjnych wytropił dzieła urodzonego w Krakowie artysty. W Paryżu osiadł Lambert-Rucki w 1911 roku.

Ponoć początkowo dzielił pracownię z Modiglianim...

Myślę, że z czasem osiągnie pozycję Tamary Łempickiej czy Zofii Stryjeńskiej. Zdaje się być jednym z najbardziej idealnych spełnień estetyki art deco.

Marek Roefler marzy, by pokazać twórczość tych zapomnianych malarzy na salonach paryskich.

W końcu tak się stanie. Nazwisko Kisling już na tych salonach jest, ale na przykład o Alicji Halickiej, która w Paryżu początku wieku święciła triumfy, jeszcze nikt nie słyszał. Za życia swojego znanego męża, malarza Marcoussisa, pozostawała nieco w jego cieniu, ale już wtedy zdobywała uznanie i artystyczną pozycję. Znała tak zwanych wszystkich, czego dała dowód w wydanych, także w Polsce, wspomnieniach.

Przyjaźniła się z André Bretonem, Guillaume Apollinairem, Maksem Ernstem, Georgesem Braque...

Przyjacielem innego, obecnego na wystawie artysty, Henryka Haydena, był Samuel Beckett - dramaturg poświęcił polskiemu malarzowi tekst w katalogu jednej z jego wystaw. Maurycy Mędrzycki z kolei to twórca słynnego portretu muzy artystów tamtej epoki - modelki Kiki de Montparnasse. Była kochanką Mędrzyckiego, potem związała się z Man Rayem, jednym z najsłynniejszych fotografów epoki. Na obrazie Mędrzyckiego jawi się jako kobieta delikatna i subtelna. Inaczej widział ją Kisling. Na kawiarnianym rysunku z kolekcji Villa la Fleur jest rubaszna i wyzwolona.

Woody Allen uwiecznił tamte czasy w swoim słynnym filmie „O północy w Paryżu”.

To również opowieść o bohaterach sopockiej wystawy, choć oni w tym obrazie nie występują. Ale też kolegowali się z Picassem! Są zdjęcia, które dowodzą, że te więzi były bardzo bliskie. Razem pili, razem palili, bawili się, choć pracowali osobno. Że czasem klepali biedę? Cóż. Pieniądze przysyłane Modiglianiemu przez włoską mamę pewnie starczyłyby na spokojną egzystencję w Paryżu, gdyby wielki malarz nie był ofiarą nałogu. Ale Modigliani nie chciał spokojnej egzystencji, chciał jak inni tutaj, barwnego życia! Tego coup de foudre, pioruna, olśnienia!

Ernest Hemingway, który w latach 20. narodził się w Paryżu jako pisarz, wspominał po latach: „Taki był Paryż w tych dawnych czasach, kiedy byliśmy bardzo biedni i bardzo szczęśliwi”.

W paryskich wspomnieniach naszych wielkich malarzy Podkowińskiego i Pankiewicza jest opowieść, jak to przemierzali miasto na piechotę, w podartych butach, nie było ich stać na komunikację miejską. Głodowali tak, że któregoś razu połakomili się na słój musztardy.

To był szalony czas Paryża, najwspanialszy być może, czas, gdy w tych ludziach była wiara, że świat, że ich sztuka będzie trwała wiecznie. Że podbije świat...

g.pewinska@prasa.gda.pl

Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.