Iwona Marciniak

Unikanie trudnych tematów to błąd. Rozmawiaj szczerze z dzieckiem

Jacek Pawłowski jest kołobrzeskim psychologiem, założycielem i prezesem Fundacji „Na Przekór Przeciwnościom”, specjalistą w zakresie pomocy ofiarom Fot. Michał Świderski Jacek Pawłowski jest kołobrzeskim psychologiem, założycielem i prezesem Fundacji „Na Przekór Przeciwnościom”, specjalistą w zakresie pomocy ofiarom przemocy.
Iwona Marciniak

Jacek Pawłowski, kołobrzeski psycholog, założyciel Fundacji „Na Przekór Przeciwnościom” o szczerych rozmowach z dziećmi i wprowadzaniu ich w dorosłe życie.

Dzieci to mają teraz klawe życie, twierdzą rodzice, a nawet starsza młodzież. Zabawki na kilogramy, słodycze bez ograniczeń, bajki na własnych tabletach do zaśnięcia. Robią co chcą, niczego nie muszą. Nawet uważać na kałuże, bo kalosze w krokodylki uchronią,poza tym tak rozkosznie komponują się z parasolką mamy. Nie muszą gryźć skórek od chleba, jeść rosołu z farfoclami, zmagać się z pestkami winogron i dbać o królika, który jakoś tak zdecydował się wybrać życie w lesie i się wyprowadził. Nie to co my - starzy. Za naszych czasów to i błota człowiek pojadł, i chleba z czarną skórą, i zakalca gorącego mlekiem zimnym popił, i psa wyprowadzał w deszcz i śnieg bladym świtem. A pierwszego listopada na cmentarzu maczał palce w zniczach robił woskowe czapeczki i słuchał wspomnień o zmarłych. Chodził odwiedzić babcię w szpitalu i wypijał jej cienki kompot.

Mamusia nie płacze

Teraz większość dorosłych wychodzi z założenia, że dzieci nie powinny widzieć cierpienia, chodzić do szpitala, na pogrzeby i być wtajemniczanym w sprawy dorosłych. Dzieciństwo ma się jawić jako filmowo-słodko-miękkie pasmo sukcesów i uśmiechów. Jak słoiczek Gerbera, zbalansowane i gotowe do spożycia plastikową, bezpieczną łyżeczką. Dzieciom nie mówi się o chorobie dziadka, gorszym dniu w pracy, smutku jaki dopada rodzica, nie mają pojęcia, że może brakować pieniędzy, że szef jest niesprawiedliwy, że można się czymś dzielić. Upadek z roweru jest bolesny, niedotrzymywanie słowa wiąże się z konsekwencjami, krzykiem nic się nie załatwi i parę innych oczywistości.

Nie namawiam, żeby dziecko traktować jak dorosłego i mówić mu wszystko ze szczegółami. Namawiam, by traktować je po partnersku, oczywiście stosownie do wieku i tak samo dawkować szczerość i sposoby przekazywania wiedzy o świecie. Kilkuletnie dzieci doskonale wyczuwają nastroje i atmosferę panującą w domu. Wydaje się nam, że zapatrzone w tablety, malowanki i klocki nic nie widzą i nie słyszą. Nie zwracają uwagi na kłótnie rodziców, nie dostrzegają łez w oczach mamy, wierzą w uśmiech taty, którego oczy są nieobecne. Wydaje się nam, że wierzą w nasze zapewnienia, że wszystko jest dobrze.

Owszem, uśmiechają się i wracają do swoich spraw, ale w zaciszu pokoju konsultują sytuację z rodzeństwem albo misiem. Na swój sposób próbują znaleźć rozwiązanie i pomóc rodzicom. Zbywane i okłamywane tłumaczą sobie często opatrznie i błędnie miny i słowa dorosłych. W każdym z nas tkwi przynajmniej jedno wspomnienie takiej sytuacji. Kiedy dziecko posłyszy „jestem załamany” to będzie przekonane, że tato jest połamany w środku i pewnie umrze, kiedy mama zapewnia, że „jak tak dalej pójdzie to sobie w łeb strzelę” to chowa nawet karabin na wodę i jest pewien, że zaraz zostanie sierotą.

Babcia wyjechała

Dzieci często myślą o śmierci i boją się, że zostaną same. Kiedy kolejny tydzień ukochana babcia, dziadek, ciocia nie przychodzi zaczynają pytać. Dorośli w błędnym przekonaniu o ochronie dziecka nie mówią prawdy, że bliski zmarł. Liczą, że zapomni i będzie dobrze. Otóż nie będzie. Oszukany pięcio, sześcioletni maluch czuje się porzucony i zdradzony. Pozwólmy dzieciom na prawdę, na przeżycie żałoby, na pożegnanie. Powinny też widzieć, że ktoś z bliskich zmaga się z chorobą, że ma problemy i że nie wszystko kręci się wokół nich.

Dopuszczenie dziecka do naszych kłopotów nie wpędzi go w traumę czy w poczucie winy. Przeciwnie, pozwoli mu poczuć się ważnym i pomocnym. Dzięki takiemu treningowi stanie się odpowiedzialnym, zaradnym i mądrym życiowo człowiekiem. Rodzice rozkładając nad maluchem emocjonalny parasol krzywdzą je. Zamykając w puchowym pałacu z uśmiechów i szczęśliwości szykują im bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Kiedy idą do szkoły czy przedszkola okazuje się, że istnieje świat pozadomowy i nie jest on taki przyjazny. Przekonują się, że jest krzyk, kalectwo, bieda, złośliwość, ból, strata i obowiązki. Że trzeba zwracać uwagę na drugiego człowieka i że dorośli też mogą płakać czy krzywdzić. Że niektórzy ludzie chodzą albo nie chodzą do kościoła, że wierzą lub nie wierzą w Boga.

A dlaczego?

Dzieci są mądre i mają ogromną ciekawość świata. Są bystrymi obserwatorami i ufają nam bezgranicznie. Nie pytają się o seks, śmierć, bezrobocie, operacje, wojny żeby nam dokuczyć odwiecznym „a dlaczego?”. Doceniajmy dociekliwość naszych dzieci i cieszmy się, że chcą nas pytać. Kłopot zacznie się gdy zamilkną. Wprowadzajmy je w świat delikatnie, ale bez kłamania.

Zdajmy się na naszą miłość i intuicję, która nam podpowie kiedy można odpowiedzieć „tak, synku dziadek umarł” , a kiedy „dziadek mieszka teraz niebie”. Jasne, że chcielibyśmy aby nasze dzieci jak najdłużej wypatrywały świętego Mikołaja czy wiły gniazdko zajączkowi żeby miał gdzie zostawić łakocie, ale dzieci dorastają i z tym musimy się zmierzyć. Nie pozwólmy, aby o trudnych, smutnych rzeczach dowiadywały się od obcych albo na własnym przykładzie w bolesnym zderzeniu z życiem.

Dzieci doświadczające od małego choroby, cierpienia, odmienności są nad wiek dojrzałe, poważne, ale przy okazji pogodne i mądre. W ten specyficzny, przenikający sposób, kiedy wiedzą co im jest, jakie są rokowania itd. Innymi słowy radzą sobie lepiej od dorosłych.

Unikanie trudnych tematów nie sprawi, że przestaną one nękać dzieci. Dalej będą pytać dlaczego tatuś już z nami nie mieszka, dlaczego mamusia gniewa się na babcię, co to jest rozwód, czy nasz Dżeki kiedyś umrze itd. Dzieciństwo wcale nie jest takie cudowne i beztroskie, a im więcej pytań bez odpowiedzi tym mętlik większy. Im więcej puchu tym boleśniejszy upadek.

Iwona Marciniak

Piszę w Głosie Koszalińskim od 1998 roku. Mam szczęście mieszkać w Kołobrzegu, którego plaża - bez względu na porę roku - to najlepszy antydepresant i akumulator dobrej energii. Zwłaszcza gdy biega się po niej z psem (a najlepiej z psami ;))


Informuję o tym, co dzieje się w mieście i powiecie kołobrzeskim. Moje teksty można znaleźć w sieci na stronie www.gk24.pl, www.kolobrzeg.naszemiasto.pl, na fejsbukowym profilu Kołobrzeg nasze miasto oraz w papierowym wydaniu Głosu Koszalińskiego.

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.