Niezwykła babcia z Sasinowa, która wyprzedziła swój czas

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Danuta Pawlicka

Niezwykła babcia z Sasinowa, która wyprzedziła swój czas

Danuta Pawlicka

Nikt nie usłyszał jednego słowa skargi czy żalu, gdy dowiedziała się o śmierci syna Stefana. Nie miała zwyczaju zwierzać się ze swoich myśli. Wszystko tłumiła w sobie. Teraz także nie tłumaczyła dlaczego, gdy inni świętują zakończenie wojny, ona popada w coraz większe przygnębienie.

Ktoś uważny dostrzegłby jednak zmianę w jej oczach i bardziej zgarbione plecy. Nie ma już dnia, by nie wychodziła na próg wiejskiego, skromnego domu w nadziei, że wreszcie zobaczy powracających synów.

Patriotyczny Sokół z Mosiny

Mijały kolejne dni maja 1945 roku, a Józefa Karalus nadal na próżno wypatrywała sylwetki któregoś ze swoich dorosłych dzieci.

- Boże, nie mam już Stefka, ale ocal Sylwka, Julka, Staszka, Karolka, Wojtka - może właśnie tak się modliła.

Włożyła wiele starań w wychowanie chłopaków, aby pamiętali „skąd ich ród”. Sześciu synom, którzy wyruszyli na wojnę, i trzem (dwaj nieletni, jeden bez oka) pozostałym na gospodarstwie z matką i siostrami Marysią, Joasią, Julcią, nie musiała przypominać, po czyjej stronie powinni stanąć w 1939 roku.

Oni tę powinność wynieśli z domu. Kumple z wioski pukali się w czoło. Nie rozumieli, co ciągnie Karalusów do patriotycznego towarzystwa Sokół w Mosinie. Pewnie myśleli: To głupki jakieś! Maszerują tam 8 kilosów, a czasami przepływają nawet wpław rzekę! Po co się tak narażać?

Matka nie zadawała takich pytań. Stała murem za synami. Nie przeczuwała jednak, gdy znakiem krzyża żegnała jednego po drugim, że tak wcześnie będzie opłakiwać Stefka, pierwszą ofiarę hitlerowskiego najazdu. Miał 25 lat, gdy we wrześniu zaczęły spadać bomby lotnicze na nieodległy Poznań. Wtedy pod sztandarem armii Poznań walczył nad Bzurą.

Rok 1932 - Józefa i Stanisław Karalusowie z dziećmi i wnukami
Archiwum rodzinne Józefa i Stanisław Karalusowie

Powrócił do rodziny bez szwanku na ciele, ale z goryczą w sercu po boleśnie przegranej Polaków. Nie potrafił bezczynnie siedzieć w domu, więc natychmiast zgłosił się do wydawnictwa Dla Ciebie Polsko. Organizacja skupiała takich jak on młokosów z okolic Kórnika. Ale jemu walka na zapleczu frontu nie wystarczała. Ciągle myślał o przegranej bitwie nad Bzurą, więc cały czas starał się o „transfer” do polskiej armii tworzonej na Zachodzie. Gdy już zdobył potrzebne papiery i niemal osiągnął swój cel, został złapany przez Niemców z fałszywym paszportem na inne nazwisko i trafił do Oświęcimia. Tam zakapował go szkolny kolega, Niemiec. Stefan, skatowany i dręczony, zmarł w obozie w 1941 r.

Matka nie przebolała tej śmierci, a jej bólu nie powetował nastrój euforii, jaki ogarnął świat po zburzeniu Berlina. Wojna się skończyła, ale nie dla niej. Nadal nie miała znaku życia od pozostałych synów.

Co ich zatrzymało? Może są ranni i wykrwawią się na śmierć? Nie dopuszczała myśli, że któryś z nich nie wróci. Targana niepewnością i strasznymi opowieściami tych, którzy wojnę przeżyli, z ust naocznego świadka usłyszała, że Staszek i Julek zginęli tuż przed kapitulacją Niemiec.

Staszek, żołnierz armii „Poznań”, podobnie jak młodszy od niego Stefek, także walczył w największej obrończej bitwie nad Bzurą. Obaj, a do nich dołączył brat Wojtek, po powrocie do rodzinnej wsi roznosili ulotki, które przekazywały newsy z nasłuchu zachodnich rozgłośni. Finał konspiracji nie dla wszystkich okazał się szczęśliwy. Wojtek znalazł się w Oświęcimiu, ale przeżył dzięki Amerykanom. Staszka i Julka śmierć dopadła w Zatoce Lubeckiej krótko przed podpisaniem kapitulacji. Niemcy wzięli ich z grupą zakładników, gdy uciekali przed czerwonoarmistami. Polacy mieli być ich tarczą chroniącą przed nalotami aliantów.

Długo łudziła się, że ich śmierć to jakaś pomyłka, plotka. Jak to, odeszli bez pożegnania i bez namaszczenia? Nieustannie gnębiła ją trudna do zniesienia myśl, że nigdy nie zapali świeczki na grobach trójki dzieci.

Zafascynowany historią babci

- Jeszcze nie opadł dym z tlących się tu i ówdzie ruin, a moja babcia dowiaduje się, że nie uściska także Sylwka, najstarszego syna. Sylwester był jej najzdolniejszym, jedynym chłopakiem z tytułem magistra. Była z niego dumna. Był jej chlubą. Jej, córki sołtysa z Sasinowa, która nie ukończyła żadnej szkoły. Był kimś dla całej rodziny utrzymującej się z prostej pracy rzemieślniczej - opowiada dzisiaj Janusz Karalus, wnuk Józefy Karalus, który mieszka w tych samych podpoznańskich Świątnikach, gdzie jego babcia spędziła większość swojego niezwykłego życia.

Sylwester studiował prawo na UAM w Poznaniu. Często wspominała jego ślub w kaplicy Raczyńskich w Rogalinie w roku 1935. Świadkiem na zaślubinach syna był Antoni Pospieszalski, późniejszy cichociemny, zaprzyjaźniony druh Sylwestra.

Rok 1939 zaskoczył młodego Karalusa w Paryżu, gdzie pracował w ambasadzie RP, a zatrzymał w Londynie, gdy ambasada zatrudniła go tam jako atache. Józefa Karalus liczyła, że gdy umilkną ostatnie działa, syn wróci do kraju. Właśnie wtedy dowiedziała się, że jej Sylwek, wtedy sekretarz w Ministerstwie Sprawiedliwości Rządu RP na Emigracji, wybrał życie emigranta.

Matce muszą więc wystarczyć listy. Z nich wiedziała o trudnej sytuacji Polaków na wyspie, gdy odwrócił się od nich rząd angielski, a jej Sylwek zatrudnił się w fabryce konserw.

Była realistką, znała jego charakter, więc przestała liczyć, że kiedyś go zobaczy. Pogodziła się z tym, że wojna zabrała jej także czwartego syna.

Zawsze drżącymi rękami otwierała od niego listy, z których wysypywały się zdjęcia wnuków. Przyłapywana na tym, gdy tak bez powodu wilgotniały jej oczy, szybko prostowała się do pionu, tłumacząc, że wszystko jest w ręku Boga.

- Nie oceniała syna, który nigdy nie zaakceptował powojennej sytuacji w Polsce. Wiedział, czym były stacjonujące wojska radzieckie. Związał się z legalistami Augusta Zaleskiego, prezydenta RP na uchodźstwie. Jest podpisany na większości protokołów z posiedzeń tego ugrupowania. Mimo prób nie znalazł dla siebie miejsca wśród polskich emigrantów. Babcia i on są ciągle żywymi postaciami w mojej rodzinie. Pamiętam, jak babcia komentowała przemówienie stryja Sylwestra wygłoszone z okazji Milenium Chrztu Polski w Londynie w maju 1966 roku. Przez całe życie zbierał pamiątki, które łączyły go z Polską. Pozostał patriotą aż do śmierci w 1975 roku

- opowiada Janusz Karalus zafascynowany historią babci i jej najstarszego syna, ubolewający, iż tak ciekawe i naznaczone dramatyzmem wojny i emigracji postaci są nieznane historykom.

Wnuk, którego babcia nazywała po prostu Jankiem, zapamiętał ją jako osobę niezwykle zapracowaną, raczej milczącą niż chętną na gadu-gadu. Nie widział jej siedzącej bezczynnie.

Zawsze znajdowała jednak okazję, aby przypomnieć gzubowi kręcącemu się po izbie, że warto być dobrym człowiekiem (Twoja dobroć kiedyś do ciebie wróci!).

Rok 1932 - Józefa i Stanisław Karalusowie z dziećmi i wnukami
Archiwum rodzinne Rok 1932 - Józefa i Stanisław Karalusowie z dziećmi i wnukami

Jej patriotyzm był czymś tak naturalnym, że nie musiała go ubierać w słowa i tłumaczyć, jak należy rozumieć miłość do ziemi, na której się mieszka, do ojczystego języka i ojczyzny. Nie wiadomo, skąd brała takie wzorce. Nikt nie wie, jak i kiedy nauczyła się mówić pięknym językiem polskim bez germanizmów, które w Wielkopolsce były dość powszechne. (Urodziła się w 1886, a od 1876 r. niemiecki był językiem urzędowym). Po części zawdzięczała to familiarnej zażyłości z dworem Raczyńskich. Znała niemiecki, jak każdy żyjący wtedy w Wielkopolsce, ale do pracy na poczcie, którą prowadziła w swoim domu, przyswoiła sobie w podstawowym stopniu również francuski. Był jej potrzebny, bo w tym języku odbierała korespondencję adresowaną do hrabiostwa Raczyńskich, głównych klientów poczty.

Była jednocześnie zwykłą i niezwykłą gospodynią domową, matką dwanaściorga dzieci, żoną wiejskiego krawca, któremu pomagała, gdy tylko miała wolne ręce.

Ani ciąże, ani liczne porody w jej przypadku nie były wymówką do ograniczenia wziętych na siebie obowiązków. Bóg kierował jej życiem, więc nie narzekała na los. W każdy piątek była obecna na mszy, ale ona już wtedy zauważyła i mówiła, że niektórzy klerycy zapominają o boskich, podstawowych przykazaniach.

- Tak, moja babcia wyprzedziła swój czas, była postacią nietuzinkową

- mówi wnuk Janusz.

Danuta Pawlicka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.