Mała Syrenka w zamian za ludzkie nogi oddała czarownicy swój głos. Wokół nas jest wiele takich syrenek

Czytaj dalej
Fot. Weronika Śliwowska
Jolanta Tęcza-Ćwierz

Mała Syrenka w zamian za ludzkie nogi oddała czarownicy swój głos. Wokół nas jest wiele takich syrenek

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Zbyt często próbując uniknąć powielania błędów i schematów rodzinnych, wpadamy w nie jeszcze głębiej - mówi Marta Dzido, autorka książki pt. „Matrioszka”.

Co to jest matrioszka?

To drewniana zabawka złożona z wydrążonych w środku lalek, włożonych jedna w drugą. Duża drewniana baba zawiera w sobie kilka mniejszych, kopiujących jej wizerunek, a być może także jej historię.

Dlaczego tę drewnianą lalkę obrała pani za tytuł książki?

To opowieść o kobietach, które powielają swoje losy. Idą śladami przodkiń, nawet mając świadomość, jak bardzo ich życie było beznadziejne czy tragiczne. To książka o dziedziczeniu traum, niemożności wydostania się z pewnych wzorców zachowań, sposobów życia i powielaniu błędów, które popełniły nasze poprzedniczki.

Trzy pokolenia kobiet połączone problemem alkoholizmu w rodzinie - to temat stary jak świat. Na czym polega inność „Matrioszki”?

Chciałam opowiedzieć tę historię z perspektywy kobiet i pokazać, jak bardzo nasza kultura jest przesiąknięta tematyką picia alkoholu. Istnieje wiele powiedzonek, przysłów, piosenek i rymowanek, które przekazujemy córkom i wnuczkom: A teraz idziemy na jednego, a teraz idziemy wódkę pić. Chluśniem, bo uśniem. A kto z nami nie wypije, tego we dwa kije. Prawy do lewego, wypij kolego. No to chlup w ten głupi dziób.

Będąc dziećmi, chłoniemy je, nie analizując ich treści. Kiedy stajemy się dorosłe, zaczynamy się zastanawiać, o co w tych wierszykach chodzi, czytamy je w zupełnie nowym kontekście. Współuzależnienie można nazwać miłością, przywiązaniem, oddaniem, poświęceniem. To coś, co każe bohaterkom książki tkwić w toksycznej relacji i wierzyć, że ich postawa sprawi, że mąż, ojciec czy syn się zmieni. Jest to jednak iluzja, która wyrządza kobiecie krzywdę, a przy okazji sprawia, że uzależniony mężczyzna nie ma szans, aby wyrwać się z nałogu.

Jest mu wygodnie, bo ma obok opiekunkę, która nie tyle pomaga, co przejmuje odpowiedzialność. Tworzy się błędne koło. Relacja osoby uzależnionej i współuzależnionej staje się kleszczami dla obojga, nie jest łatwo ją przerwać. W książce chciałam też pokazać momenty, kiedy kobiety zdają sobie sprawę, że tak się dłużej nie da, że nie tędy droga. To chwile, w których zaczynają widzieć siebie. Wcześniej na pierwszym miejscu byli inni i ich dobro, a żony i matki tkwiły w rolach pomocniczych, usługowych, służebnych, starając się zapewnić komfort całemu światu tylko nie sobie. Z błędnego koła można uciec, jeśli się dostrzeże samą siebie.

A może to kwestia utrwalania stereotypów? Kobieta ma dbać o dom, karmić, wychowywać dzieci i troszczyć się o męża - jaki by nie był. Tak wychowywane były nasze babki, matki i wiele z nas również.

To jest głęboko zakorzenione, tkwi w nas i w naszej kulturze. Wierzymy, że poświęcając się, jesteśmy w stanie wszystko naprawić. Ale jest też drugi aspekt tego kulturowego uwikłania. Przez wieki kobiety nie mogły się wybić na niezależność, były podporządkowane ojcom i mężom. Nie mogły mieć własnych pieniędzy, a nawet własnego zdania. Może dlatego tak łatwo nam się wikłać w rozmaite zależności.

Z zaklętego kręgu uzależnienia, który przedstawia pani w książce, nie ma wyjścia. Nie jest nim ani rodzina, ani religia, ani nawet terapia. Jaki jest cel „Matrioszki”?

Moją motywacją było postawienie diagnozy i pokazanie, że to nie jest tylko problem uzależnienia, ale także kultury, wychowania, a nawet bajek, w których postaci kobiece są niesamodzielne, ubezwłasnowolnione, zależne od innych. Poświęcają się, oddają jakąś część siebie, żeby być z mężczyzną, chcą się poczuć spełnione dzięki tej relacji. Czekają, aż przyjedzie rycerz i zabije smoka, który pilnuje wyjścia. Tymczasem okazje się, że smoka nigdy nie było, że można wyjść z wieży i pójść swoją drogą. Wybawienie może wypływać z nas samych. Uświadamiając sobie to wszystko, można poczuć, jak na naszej szyi zaciska się pętla. W terapii też są momenty, kiedy sięga się dna po to, by się od niego odbić. Bardzo możliwe, że „Matrioszka” dzięki nagromadzeniu emocji, wypowiedzeniu pewnych rzeczy i zrozumieniu mechanizmów, pomoże odbić się od dna i wypłynąć na powierzchnię.

Podczas pracy nad książką spotykała się pani z kobietami, których dotyczy problem współuzależnienia?

Nie musiałam dokumentować tego tematu, on mnie otacza. Mam wokół siebie mnóstwo kobiet, które tkwią w toksycznych relacjach, wyszły z nich lub wychowały się w domach z problemem alkoholizmu. Moja książka wzięła się także z tych wszystkich piosenek i rymowanek, które pamiętamy z dzieciństwa. „Pani Zo, Zo, Zo, pani Sia, Sia, Sia, pani Zo, pani Sia, pani Zosia męża ma, a ten mąż, mąż, mąż pije wciąż, wciąż, wciąż, trochę wódki, trochę wina i od tego się zaczyna”.

Wciąż mogę je zacytować, zaśpiewać, jestem z tego zbudowana. Z tym, o czym piszę, może się identyfikować większość społeczeństwa. Każdy tego doświadczył, albo wśród bliskich czy znajomych ma kogoś, kto ma problem z alkoholem, kto z tego powodu cierpiał lub cierpi, kto o tym rozmawia lub o tym nie mówi, ale i tak wszyscy wiedzą. Chcieliby pomóc, ale nie mogą, albo pomogli i udało się lub nie. To historia o nas wszystkich. „Matrioszka” pozwoliła mi pewne rzeczy nazwać, zrozumieć mechanizmy działań, jakieś lęki czy pytania, które mnie nurtowały. Po jej napisaniu czuję się lżejsza. To książka smutna, gorzka, momentami drastyczna i dobitna. Zostawia dużo bólu, ale kiedy się to przetrwa, może z tego wyniknąć jakieś katharsis, poznanie i zrozumienie.

Dlaczego problem współuzależnienia zwykle dotyczy kobiet?

Jesteśmy bardziej uczuciowe, empatyczne, wychowane do opiekowania się i troszczenia o innych. Kiedy wchodzimy w dorosłość, zajmujemy się dziećmi, starszymi czy osobami niepełnosprawnymi. Ta praca jest zwykle niedoceniana, ale istnieje społeczne oczekiwanie, że kobiety będą ją wykonywały. A one tak bardzo służą innym, że nie mają czasu pomyśleć o sobie. Brakuje im odwagi, by o siebie zadbać i powiedzieć: jesteśmy ważne. Tymczasem gdy nie będę wypoczęta, nic nie zrobię dobrze, gdy nie będę szczęśliwa, to nikt wokół mnie nie będzie szczęśliwy. Jak będę zmęczona i przeładowana obowiązkami, nie będę w stanie zrobić niczego sensownego. Bywa, że jest nam wstyd, gdy kupimy sobie coś nowego lub zrobimy jakąś przyjemność. I nagle może się okazać, że mamy 60 czy 70 lat i jesteśmy wymęczone. Trzeba nauczyć się czułości wobec siebie i dbania także o swoje dobro.

Czego potrzeba, by kobiety zrozumiały, że też są ważne?

Samej jest trudno, dlatego warto mieć wokół siebie inne kobiety, które wspierają, inspirują, pokazują, że się da. Udowadniają, że można się wyzwolić z toksycznej relacji i odejść od mężczyzny. Jeśli widzimy, że przyjaciółce się udało, zaczynamy wierzyć, że nam też się uda. Wsparcie i poczucie, że mamy na kogo liczyć, do kogo pójść, by się wypłakać lub pośmiać - są bardzo ważne. Myślenie o sobie wymaga odwagi i podjęcia pewnego ryzyka, bo nie każdemu może się spodobać taka postawa. Zwłaszcza jeśli przysięgałyśmy, że w zdrowiu i w chorobie, że aż do śmierci. Jeśli bliscy oczekują od nas trwania i poświęcania się, bardzo trudno jest powiedzieć: dość.

Dedykuje pani książkę Małym Syrenkom, Śpiącym Królewnom, Siłaczkom i Babom Jagom. Czyli komu?

Małe Syrenki to kobiety, które - jak postać z bajki - poświęcają wiele, aby być z mężczyzną. Mała Syrenka w zamian za ludzkie nogi oddała czarownicy swój głos. To jest totalnie symboliczne - odebranie kobiecie głosu za cenę bycia z mężczyzną. Myślę, że wokół nas jest wiele takich małych syrenek, które nawet nie zdają sobie sprawy z tego, w co się uwikłały. Taka sytuacja może się zdarzyć także w pracy, gdzie mężczyzna, który jest szefem, decyduje, ma głos, a my swój tłumimy, bo wydaje nam się, że w ten sposób możemy coś osiągnąć. Siłaczki - to metafora kobiet, które podejmują ciężką pracę „u podstaw”. Taka praca może być piękna, ale do pewnego momentu.

Kiedy zapomnimy o sobie, nikomu nie pomożemy; wyczerpane, niczego dobrego nie zdziałamy. Śpiące Królewny to kobiety, które zasnęły i zamiast żyć, czekają na księcia z bajki. Wydaje im się, że ich szczęście zależy od tego, czy będą w związku, czy przyjedzie książę, obudzi je i pokaże im świat. Pełno jest kobiet, które sądzą, że poznanie partnera, miłość i relacja z nim to przepis na udane życie. Guzik prawda! Dopóki sama ze sobą nie będziesz szczęśliwa, nie będziesz szczęśliwa z nikim.

I wreszcie jest Baba Jaga, która siedzi w chatce w lesie, uznana przez ludzi za złą i brzydką. To kobieta, która ma wiedzę, może mówić, co myśli i robić, co chce. Nie podoba się społeczeństwu, ponieważ zagraża porządkowi patriarchalnemu, w którym żyjemy, a przez to może być niebezpieczna. Wszystkim Śpiącym Królewnom, Siłaczkom i Małym Syrenkom życzę, żeby odnalazły w sobie Babę Jagę i poszły za jej głosem.

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.