Aleksander Korab. Niezwykła kariera w medialnym świecie

Czytaj dalej
Fot. Fot. Carlos Llamas
Jerzy Leniart

Aleksander Korab. Niezwykła kariera w medialnym świecie

Jerzy Leniart

Jak zrobić karierę? Nie patrz na trendy. Zostań ekspertem w swojej dziedzinie - radzi Aleksander Korab z Rzeszowa, redaktor naczelny jednej z największych gazet w USA

Zdając maturę w rzeszowskim III LO, myślałeś, że za 20 lat będziesz redaktorem naczelnym czwartej co do nakładu gazety w Stanach Zjednoczonych?

W życiu! Chciałem być politykiem albo historykiem. Jak widać nawaliłem w realizacji obu planów. Można powiedzieć, że jestem życiowym nieudacznikiem...

Jesteś z pokolenia, które dostało swoją wielką szansę na zrobienie kariery zawodowej poza granicami Polski. Ty potrafiłeś ją wykorzystać.

Nie zgodzę się do końca z tą tezą. W Londynie i Nowym Jorku spotkałem mnóstwo ludzi, którzy osiągnęli sukces przed moim pokoleniem. Oczywiście, nam było łatwiej niż im, a dla najnowszych współczesnych pokoleń 20-, 25-latków to już tak naturalne, jak założenie konta na Facebooku. Ale możliwości to nie wszystko.

Zaczynałeś przygodę z dziennikarstwem w Nowinach, w dziale graficznym. Od początku widać było u Ciebie pasję do robienia czegoś nowego, ciąg do wirtualnego świata. Przez kilka lat prowadziłeś w „Nowinach“ kolumnę poświęconą Internetowi, który w Polsce dopiero nabierał rozpędu...

To zabawne, ale ja kocham drukowane gazety. Pamiętam, że kiedy ojciec odprowadzał mnie do zerówki, to przed kioskiem dzieliliśmy łupy: „Nowiny”, „Rzeczpospolitą”, „Politykę”, „Tempo” i „Sport”, bo te gazety ojciec prenumerował. Ja zabierałem swoją połowę - zazwyczaj Rzepę, bo była najlepsza dla szpanu i rozkładałem się wygodnie w mini-ławeczce, wpatrując się w litery, bo nie potrafiłem wtedy jeszcze porządnie czytać. O Internecie zacząłem pisać, bo wtedy byłem jedną z niewielu osób w Rzeszowie, która miała modem. Kupiłem go, żeby zaimponować mojej dziewczynie. Nie miałem pojęcia o Internecie. To tak jakby ktoś poprosił cię, żebyś specjalizował się w dziennikarstwie śledczym, bo właśnie obejrzałeś kryminał…

Ale rzeczywiście, fascynują mnie nowe technologie, teraz na przykład sztuczna inteligencja. Kilkanaście lat temu wymyśliliśmy w „Metrze” dziennikarskiego robota. Projekt nigdy nie powstał, ale teraz są już redakcje używające podobnych rozwiązań.

Po trzech latach postanowiłeś zmienić swoje życie zawodowe i wyrwać się z Rzeszowa. Nie była to łatwa decyzja dla młodego człowieka.

Przeprowadzka z Rzeszowa do Warszawy była najstraszniejszą i najtrudniejszą w całym moim życiu, a pamiętaj, że miałem w swoim dotychczasowym życiu dużo bardzo stresujących projektów i mieszkałem w tuzinie krajów. Wsiadając do pociągu do Warszawy, miałem ogon pod sobą i dziewczyna musiała mnie wpychać do wagonu.

Przez dwa lata byłeś naczelnym warszawskiego dziennika „Metropol”, wchodzącego w skład grupy wydawniczej Metro.

Tak, ale najpierw pomagałem uruchomić tę gazetę. Doświadczenie, które wyniosłem z „Nowin”, było bezcenne. W „Nowinach” pełniłem w różnych momentach z tuzin ról. Na ochotnika angażowałem się do wszystkiego. Ale dzięki temu jak przyszło otwierać nową gazetę w Warszawie, to wiedziałem, jak działa cała maszyna. Większość dziennikarzy specjalizuje się w jednej dziedzinie.

Później Twoja kariera nabrała międzynarodowego przyśpieszenia - Hiszpania, Rosja, Francja, Czechy, Ameryka Południowa.

„Metro” było ówczesnym start-upem. Osiągnęło sukces w Szwecji i szybko się rozwijało. Jako że szefom podobało się to, co robiliśmy w Polsce, wysyłali mnie do innych krajów do pracy nad nowymi projektami, a w końcu ściągnęli do Londynu na stałe. Przez rok mieszkałem w Pradze, w Moskwie uruchomiłem gazetę, która jest teraz największą w całej Rosji. Jeden z magazynów, który zaprojektowałem i zredagowałem, został wydany w nakładzie 3 milionów egzemplarzy i rozdawany był w Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Holandii i we Włoszech.

W 2008 roku pojawiłeś się na okładce tygodnika „Wprost” jako jeden z najbardziej spektakularnych przykładów kariery zawodowej młodych Polaków w Wielkiej Brytanii.

Wiesz sam, jak się szuka tematów, bo sam - razem z Anką Wroną, szefową działu miejskiego - mnie tego uczyłeś. Wszyscy mówili wtedy o problemach i trudnym życiu polskich imigrantów w Europie. Podejrzewam, że jakiś wydawca we „Wprost” wreszcie się znudził tym narzekaniem i zamówił pozytywny temat. Z dziennikarzami „Wprostu” przed wyjazdem grałem regularnie w piłkę, więc zadzwonili do mnie. Prawda jest taka, że polska emigracja w Anglii jest bardzo zróżnicowana. Moja przyjaciółka Ewa Winnicka napisała zresztą o tym świetną i nagradzaną książkę „Angole”. Ale w Polsce zapomina się, że jest tam naprawdę mnóstwo ludzi, którzy sobie świetnie poradzili.

W Londynie redakcja „Metra” mieściła się w budynku, w którym swoje biuro miał słynny rosyjski miliarder Borys Bieriezowski, przeciwnik Putina, który zginął w dość tajemniczych okolicznościach. Spotykałeś się z nim w windzie.

Tak, nawet parę razy. Po śmierci Litwinienki, Scotland Yard znalazł ślady promieniotwórczego polonu w naszym budynku, który został zamknięty na parę dni. Bierezowski był bilionerem, jakich wielu w Londynie, tyle że miał przy sobie uzbrojoną po zęby armię komandosów z Legii Cudzoziemskiej, których bardzo denerwowała moja słowiańska twarz, gdy jechaliśmy w windzie. Te przejażdżki były stresujące.

Od maja 2014 roku jesteś - z mała przerwą - redaktorem naczelnym „Metro US”, czwartej pod względem nakładu gazety w USA. Czy to szczyt Twoich marzeń?

Absolutnie nie. Przede wszystkim moją ambicją jest uczynienie „Metra” największą gazetą w Stanach i osiągnięcie sukcesu online. Potem znajdę sobie jakieś inne wyzwanie. Może na przykład zostanę milionerem, bo sam wiesz, jakie są płace w mediach.

Jakie widzisz różnice wśród czytelników, wydając podobną gazetę na różnych kontynentach?

O tym mogę mówić godzinami, ale żeby nie zanudzić, ograniczę się do zdania, że czytelnicy i użytkownicy na całym świecie chcą przydatnej informacji, łatwej w użyciu i elegancko opakowanej. To serwis jak każdy inny. Swoją drogą „Nowiny” nie mają się czego wstydzić, to bardzo dobrze zaprojektowana i redagowana gazeta, a wasza strona internetowa zwyczajnie wymiata. Wiele gazet mogłoby się od was uczyć.

Co możesz doradzić młodym ludziom, którzy teraz, siedząc w szkolnych ławkach, muszą wkrótce podjąć decyzje o swojej zawodowej przyszłości?

Nie słuchajcie rodziców. Nie patrzcie na trendy. W ciągu 10 lat świat stanie na głowie. Edukacja, praca, służba zdrowia - każda dziedzina życia zostanie zautomatyzowana i większość zawodów zniknie. Ale pojawią się nowe możliwości. Nie przestawajcie się uczyć, wręcz przeciwnie, ale skupcie się na tym, co naprawdę was kręci i postarajcie się zostać ekspertami w tej dziedzinie.

Co jest najważniejsze w przebiciu się na zawodowy szczyt? Wiara we własne siły, umiejętności pomieszane ze szczyptą bezczelności i umiejętnością dobrego sprzedania się?

Również. Ale przede wszystkim zapał, wiara w to, co się robi, mikroskopijna atencja do detali i ciężka praca. Jak to naukowo wyliczył Malcolm Gladwell, geniusz to odrobina talentu i 10 000 godzin ciężkiej pracy. Robert Lewandowski nie odniósł sukcesu, bo mu się udało, on ciężko na niego pracował.

Regularnie przyjeżdżasz do Rzeszowa, odwiedzasz swój dom w Starej Wsi niedaleko Brzozowa. Zauważasz zmiany?

Pamiętam Rzeszów rozkopany z betonem kąpiącym się w błocie, drewnianą kładką nad dworcem, która oblodzona w zimie była tak bezpieczna jak przełęcze himalajskie. To było miasto, które niewiele mogło zaproponować poza genialną atmosferą w pubie U Plastyków, Czarnym Kocie, gdzie z całą sportową ekipą z „Nowin” wyjadaliśmy pierogi, piliśmy piwo po meczach ligi dziennikarskiej. Także z seansem w WDK-u, meczem Resovii przy Wyspiańskiego i jazzowym koncertem w Bohemie przy Okrzei. I długie rozmowy o muzyce i sztuce z Jurkiem Popkiem, grafikiem Nowin, który zmarł kilkanaście dni temu. Teraz Rzeszów stał się prześliczny i oferuje mnóstwo opcji. To jest miasto - bombonierka. A Stara Wieś, w której odziedziczyłem dom po dziadkach, tzw. Korabiówkę, też się fajnie zmienia. Ostatnim razem, jak byłem na odpuście, to była nawet wypasiona kawiarnia z cafe latte. Ale najważniejsze, że moja ukochana góra Parnas się nie zmienia. Choć wokół niej coraz więcej nieuprawianych pól.

Wrócisz tu kiedyś?

Z Nowym Jorkiem trudno rywalizować, mam oferty z Anglii, Kenii i Szwecji. A Stara Wieś jest dla mnie zawsze życiowym planem B.

Jerzy Leniart

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.