Dorota Kowalska

Każdy kraj ma swoich seryjnych morderców

Każdy kraj ma swoich seryjnych morderców
Dorota Kowalska

Siali postrach w polskich miastach i wsiach, zabijali najczęściej kobiety, często nazywani „wampirami”, po schwytaniu skazywano ich na śmierć.

Nikt nie ma na czole wypisane „Seryjny morderca”, ale o Mariuszu G. znajomi mówili w samych superlatywach. Szarmancki, opiekuńczy, pomocny, dobrze sytuowany. Były marynarz, właściciel manufaktury słodyczy. Wiceszef kołobrzeskich morsów, zajmujący się ich marketingiem, człowiek społecznie zaangażowany. To jedna twarz 43-letniego Mariusza G. Prokurator ze szczecińskiego Archiwum X nie ma wątpliwości, że ta druga należy do bezwzględnego, seryjnego mordercy. Jego trzema ofiarami mają być kolejno: 31-letnia Iwona K. spod Chełmna, 37-letnia Aneta D. i 54-letnia Bogusława R. - obie z Kołobrzegu. Ciała tej trójki do niedawna skrywał kołobrzeski las. Przynajmniej jedną z nich miał zabić siekierą. Jak zginęły pozostałe, wykaże sekcja zwłok. Śledczy badają, czy ofiar nie było więcej. Bo Mariusza G. miała znać także zaginiona w 2014 roku Dorota S. - 46-latka z osiedla Podczele.

Mariusz G. trafił za kratki w czerwcu pod zarzutem zawłaszczenia mienia dwóch zaginionych kobiet. Od ósmego listopada ma już potrójny zarzut zabójstwa, z pobudek zasługujących na szczególne potępienie. Bo zabijać miał po to, by zagarnąć majątek swoich ofiar. Od prokuratorów Prokuratury Okręgowej w Szczecinie oficjalnie nic więcej się nie dowiemy. Ze strzępów informacji docierających do dziennikarzy jawi się obraz wyrachowanego zabójcy, który na cel wybierał sobie kobiety samotne, najlepiej na życiowym zakręcie. Uwodził je, rozkochiwał, przejmował mienie i zabijał. Miejsce pogrzebania dwóch pierwszych ofiar w Lesie Charzyńskim - 31-letniej Iwony K. i 37-letniej Anety D. - wskazał osobiście w ubiegły piątek. Z nieoficjalnych informacji wynika, że „pękł” niedługo wcześniej, gdy dowiedział się, że po wielu miesiącach bezowocnych poszukiwań, przy użyciu drona i sprowadzonych z Niemiec psów (takich jak te wykorzystane w sprawie Ewy Tylman), policjanci wreszcie znaleźli najważniejszy dowód jego ostatniej zbrodni: zwłoki zaginionej 7 czerwca tego roku 54-letniej Bogusławy R.

43-letni Mariusz G. za pośrednictwem swojego adwokata prosi o wybaczenie rodziny swoich ofiar. - Zdaje sobie sprawę z ciężaru winy, jaką ponosi, i chciałby jakoś zadośćuczynić za doznane krzywdy - mówił mecenas Edward Stępień.

To pierwsza oficjalna deklaracja, którą za pośrednictwem mecenasa Stępnia złożył 43-letni Mariusz G.

- Mój klient jest w bardzo złej kondycji psychicznej - tłumaczył nam mecenas Stępień. - Bardzo żałuje swoich czynów. Zapewnia, że nie działał z premedytacją. Mówi, że ani razu czyn, który popełnił, nie był zaplanowany. W każdym przypadku do zabójstwa dochodziło w sytuacjach nagłych, konfliktowych, w których nie był w stanie zapanować nad swoimi emocjami. Chce przeprosić rodziny swoich ofiar za zło, które wyrządził, i deklaruje, że będzie starał się zadośćuczynić za krzywdy, które popełnił - dodaje prawnik.

Jak słyszymy od adwokata, Mariusz G. podkreśla, że nigdy nie działał z chęci przejęcia majątku swoich ofiar, ani nie wzbogacił się na ich śmierci. Trudno wierzyć w te zapewnienia. Nie wierzy w nie profesor Brunon Hołyst, pionier wiktymologii i suicydologii w Polsce.

- To wyrachowany, bezwzględny seryjny zabójca. Przejawia wiele cech psychopatycznych, nie potrafił wchodzić w związki emocjonalne. Sprawiał przy tym wrażenie człowieka zupełnie normalnego, że tak powiem, a przy tym ładnie mówił, rozkochiwał te kobiety w sobie - uważa profesor. I dodaje, że mieliśmy w Polsce wielu seryjnych morderców.

Paweł Tuchlin był synem Bernarda, nadużywającego alkoholu rolnika i Moniki z domu Woier. Urodził się jako ósme dziecko spośród jedenaściorga rodzeństwa. Przez oboje rodziców był surowo traktowany. Mówił w sądzie: „Moja choroba polegała na tym, że moczyłem się w nocy podczas snu. A jedynym wtedy dostępnym lekarstwem dla mnie w domu była »pyda« - splot rzemieni. Gdy się rano wstawało, to matka albo ojciec sprawdzali moje łóżko. Kiedy było mokre, to dostawało się porcje pydą »lekarstwa«. Następnego dnia scena ta się powtarzała, bo ojciec był zdania, że ja leję w łóżko złośliwie lub też z lenistwa”.

Trudno się więc dziwić, że marzył o tym, aby wyrwać się z rodzinnego domu. Uciekł z niego do Gdańska w wieku 18 lat. Został kierowcą, ożenił się, kradł, za co trafił do więzienia. Jakiś czas później Tuchlin rozwiódł się i ponownie ożenił z Reginą. Sąsiedzi opisywali go jako spokojnego, zaradnego mężczyznę, który troszczył się o żonę i dwójkę dzieci. Milicja mogła ująć Tuchlina już w listopadzie 1979 roku, kiedy pod Gdańskiem zaatakował 18-letnią Irenę H. Zgubił wówczas w pobliżu miejsca zbrodni młotek, którym zaatakował ofiarę. W metalu wybity był napis ZNTK, czyli Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. Milicja przesłuchała każdego, kto pobrał narzędzie, ale na liście nie było Tuchlina; prawdopodobnie osoba, która wydawała sprzęt, zapomniała go na nią wpisać.

Obuch młotka był zresztą dość charakterystyczny, owinięty bandażem. Tuchlin tłumaczył później, że metal ziębił go w brzuch, gdy nosił go w spodniach, szukając ofiar.

6 stycznia 1983 roku w Komendzie Wojewódzkiej została powołana specjalna grupa pod kryptonimem „Skorpion”. Zatrzymała Tuchlina 31 maja 1983 roku. W czasie przeszukania w jego gospodarstwie znaleziono osławiony już młotek, na którego trzonku znajdowała się krew ofiar.

Paweł Tuchlin przyznał się śledczym do dziesięciu zabójstw i jedenastu usiłowań. Jak sam twierdził w czasie przesłuchania, mordował, by poczuć się lepiej. Na rozprawie odwołał jednak zeznania, twierdząc, że do przyznania się zmusili go funkcjonariusze MO. Sąd Wojewódzki w Gdańsku skazał Pawła Tuchlina za dziewięć zabójstw i jedenaście usiłowań popełnienia morderstwa na karę śmierci. Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy, a Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok przez powieszenie wykonano 25 maja 1987 roku w areszcie śledczym w Gdańsku przy ulicy Kurkowej 12.

-Z seryjnym zabójcą mamy do czynienia wówczas, jeśli jeden sprawca dokona przynajmniej trzech morderstw w różnym czasie i różnym miejscu - tłumaczy prof. Brunon Hołyst.

Karol Kot, słynny „Wampir z Krakowa”, nie był więc typowym seryjnym zabójcą. Jako dziecko lubił bawić się nożami, pasjonował się wojskiem i strzelectwem, torturował zwierzęta. Lubił chodzić do rzeźni i patrzeć na zabijanie zwierząt. Rzeźnicy nie widzieli zresztą niczego nadzwyczajnego w upodobaniu małolata do picia krwi, a nawet go do tego zachęcali. Kot sam opowiadał milicjantom: „Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia. Było nudno, chodziłem więc do tamtejszej rzeźni i asystowałem przy zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w ciepłej krwi”.

Karol Kot wywodził się z inteligenckiej rodziny. Mieszkał z rodzicami na krakowskim Kazimierzu, w kamienicy nr 2 przy ul. Meiselsa. Był uczniem Technikum Energetycznego przy ul. Loretańskiej w Krakowie.

We wrześniu 1964 roku Kot wszedł do kościoła sercanek przy ul. Garncarskiej 24 w Krakowie i dźgnął bagnetem modlącą się tam kobietę. Ta początkowo nie poczuła, że została zraniona, dopiero z domu wezwała pomoc. Kot atakował kolejne kobiety, potem dzieci. Zabił malca, który poszedł pozjeżdżać na sankach, zaatakował siedmioletnią dziewczynę przy ul. Sobieskiego w Krakowie. Właśnie podczas tego ataku Kota widział przejeżdżający taksówkarz. Dokładnie go opisał. Mężczyzna został zatrzymany i oskarżony o zamordowanie dwóch osób, dziesięć prób zabójstwa oraz cztery podpalenia. Lekarze psychiatrzy orzekli, że jest poczytalny i działał z pełną świadomością.

W więzieniu pytany, co było celem jego życia, odpowiadał: „Zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek”. Chciał „wymordować wszystkie kobiety, może poza dwiema: moją siostrą i kuzynką”.

Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Kot został uznany za winnego i skazany na śmierć. Został stracony 16 maja 1968 roku. Według medialnych relacji, podczas sekcji jego zwłok stwierdzono rozległy guz mózgu.

- Seryjnymi mordercami są zazwyczaj mężczyźni w wieku między 25. a 45. rokiem życia - wyjaśnia prof. Brunon Hołyst. I dodaje, że mamy kilka typów seryjnych zabójców. Pierwszy to ci, którzy odczuwają wewnętrzne głosy karzące im zabijać. Drudzy to misjonarze. Tu najlepszym przykładem jest Ted Kaczynski, amerykański matematyk polskiego pochodzenia, który od czasów młodości wykazywał ponadprzeciętne zdolności matematyczne. Miał bardzo wysokie IQ - jego iloraz inteligencji wynosi 170 w skali Stanforda-Bineta. Ted Kaczynski dokonał wielu zamachów bombowych; walczył w ten sposób ze złem wynikającym - w jego mniemaniu - z postępu technicznego.

Trzeci typ seryjnych zabójców to ci, którzy zabijają dla zysku - tu najlepszym przykładem mógłby być wspomniany już wyżej Mariusz G. z Kołobrzegu, który rozkochiwał w sobie kobiety, a potem zabijał, aby przejąć ich majątek.

- Czwarty typ to ludzie typu Adolf Hitler, ale uważam, że nie można ich nazywać seryjnymi zabójcami. Dopuszczają się raczej ludobójstwa - uważa prof. Hołyst.

Pozostało jeszcze 48% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.