Agnieszka Podubny, piosenkarka z Leżajska: Mikrofon kopał prądem. Usta miałam jak Angelina Jolie

Czytaj dalej
Fot. archiwum Agnieszki Podubny
Tomasz Ryzner

Agnieszka Podubny, piosenkarka z Leżajska: Mikrofon kopał prądem. Usta miałam jak Angelina Jolie

Tomasz Ryzner

Elżbieta Zapendowska najpierw mnie pochwaliła, a potem powiedziała, że nie jestem dość dobra - o swej karierze opowiada Agnieszka Podubny, pochodząca z Leżajska piosenkarka

Na festiwalu Dino Top w Sędziszowie Małopolskim wygrałaś właśnie konkurs na interpretację piosenki Wojciecha Młynarskiego. Zacznę wścibsko: Ile dostałaś za wygraną?

Żadna tajemnica. Z nagrodą burmistrza w sumie 4 tys. złotych. Plus darmowe 20 godzin w studiu nagraniowym Radia Rzeszów.

Kiedy wchodzisz do studia?

Teraz to wracam do Londynu i raczej skorzystam z nagrody finansowej, bo planuję wykupić sobie kurs dla wokalistek. Nie oczekuję, że Bóg wie czego się na nim nauczę, ale przyda mi się tak zwany papier.

Jesteś fanką Wojciecha Młynarskiego?

Pisał teksty jedyne w swoim rodzaju, z ciekawą puentą. Miał swój styl śpiewania, oparty na melorecytacji. Dlatego przygotowanie piosenki, nowej interpretacji na konkurs, to nie było takie hop-siup.

Agnieszka Podubny, piosenkarka z Leżajska: Mikrofon kopał prądem. Usta miałam jak Angelina Jolie
archiwum Agnieszki Podubny

Zaśpiewałaś piosenkę...

„Lubię wrony”, która opowiada, że nie warto udawać kogoś, kim się nie jest, że dobrze jest być pogodzonym z sobą, z życiem.

Śpiewałaś w wielu miastach, na wielu scenach. Jak Ci się podobało w Sędziszowie Małopolskim?

Było profesjonalnie i nie mówię tego dlatego, że wygrałam. Festiwal organizowało Radio Rzeszów, patronatem objęła go Telewizja Polska i wszystko było poukładane jak trzeba. Mam porównanie i Sędziszów wypadł bardzo fajnie.

Miałaś garderobę?

Aż tak dobrze nie było. I dlatego źle się pomalowałam przed występem (śmiech).

Śpiewasz w Londynie?

Zarabiam na życie, a w wolnym czasie spotykam się z muzykami, Polakami i coś tam pichcimy. Od czasu do czasu gdzieś wystąpię. Jeśli pytasz o rodzaj muzyki, to są to rzeczy jazzujące.

A co śpiewała mała Agnieszka?

Puszczałam winylowe płyty, na przykład Madonny, Anny Jantar i starałam się zaśpiewać tak samo jak one (śmiech).

Pamiętasz pierwszy występ przed większą publicznością?

Pierwsza klasa podstawówki, kolonia, gdzieś koło Kołobrzegu. Wspólnie z koleżanką miałyśmy zaśpiewać piosenkę Kasi Kowalskiej. Tekst był poważny, o sprawach dorosłych, więc już to było komiczne. Stoimy na scenie, a koleżanka zapłakana. Ja do niej: śpiewaj, a ta cała we łzach. W końcu sama zaśpiewałam (śmiech).

Chodziłaś do szkoły muzycznej?

Przez dwa lata, na pianino. Tylko że koniecznie chciałam śpiewać i uznałam, że taka szkoła jest bez sensu. Teraz żałuję, że nie gram choćby na podstawowym poziomie. Przez 8 lat śpiewałam w chórze w Leżajsku. Jeździłyśmy na konkursy starym autokarem, ale zdobywałyśmy nagrody.

Nie masz na koncie studiów muzycznych?

Nie mam, choć bez średniej szkoły muzycznej też mogłabym się dostać na wychowanie muzyczne. Niestety, za późno się o tym dowiedziałam i tym sposobem zostałam magistrem filologii polskiej.

Kto ci najbardziej pomógł w szkoleniu głosu?

Ważne były dwa lata w prywatnej szkole pani Magdaleny Skubisz w Leżajsku. Otworzyła mi oczy na wiele rzeczy. W chórze głosy upodabniają się do siebie. Pani Magda pokazała, czym jest śpiewanie solowe. Dzięki niej znalazłam się też w wojsku.

Gdzie?

W klubie garnizonowym w Przemyślu, gdzie pani Magda kiedyś śpiewała. Tam bardzo mi pomogła Elżbieta Bernatek. Zaczęłam współpracować z muzykami, jeździć na festiwale. Pierwszy zaliczyłam w Hrubieszowie i zajęłam trzecie miejsce. Lekko nie było, bo trzeba było dojeżdżać z Leżajska. Ale pani Ela widziała mój potencjał i w swej dobroci oddawała mi nawet pieniądze za bilety.

Agnieszka Podubny, piosenkarka z Leżajska: Mikrofon kopał prądem. Usta miałam jak Angelina Jolie
archiwum Agnieszki Podubny

Jaki miałaś wtedy repertuar?

Dużo poezji śpiewanej. Na przykład Marek Grechuta, którego piosenki pozwoliły mi wygrać wiele nagród.

Muzykę rockową lubisz?

Oczywiście. Mam trzech starszych braci, więc nasłuchałam się mrocznej muzyki, metalu, hip-hopu i nie tylko.

Skoro jesteś z Leżajska, to zapytam, czy mówi ci coś tytuł „Leżajski full”.

(śmiech) Bez żartów. To przebój Wańki Wstańki. Tę piosenkę zna każdy w Leżajsku. Miałam okazję poznać Bufeta, wokalistę Wańki. Lubię rockowe śpiewanie, ale nie mam tak zadziornego głosu.

Ile pośpiewałaś w Przemyślu?

Dwa lata. Zaczęłam tam studiować polonistykę na Akademii Wschodnioeuropejskiej. Poziom wykładowców był znakomity, studentów niekoniecznie. Na pierwszych zajęciach mieliśmy się przedstawić i przeważnie słychać było: „chciałem studiować weterynarię, informatykę, ale się nie dostałem”.

Sam Przemyśl ci się podobał?

Z jednej strony piękne miasto, z drugiej mało się tam działo w kulturze, w muzyce. Przynajmniej wtedy. Było po prostu nudno, dlatego cały czas dojeżdżałam do chłopaka do Rzeszowa, a studiowałam tak z doskoku.

Po Przemyślu był Rzeszów.

Marzyłam o większym mieście, ale mieszkał tu mój chłopak, więc posłuchałam głosu serca. Wtedy nie bardzo było gdzie zapisać się na zajęcia wokalne, ale w końcu znów trafiłam do wojska, do klubu 21 Brygady Strzelców Podhalańskich, do pani Elżbiety Jaworskiej-Pawełek. Pani Bernatek była rozczarowana moją decyzją i na rok przyblokowała moje występy na festiwalach. Cóż, życie.

Dla Podhalańczyków też zdobyłaś wiele laurów?

Można tak powiedzieć. Spotkałam sympatycznych ludzi. Kapelmistrz Andrzej Kufel, przemiły człowiek. Jeździliśmy na festiwale. Na jednym spotkałam się z Justyną Steczkowską. Nie mogłam się na nią napatrzeć, bo nigdy nie widziałam takiej porcelanowej twarzy (śmiech).

A twoje zdanie na temat jej wokalu?

Lubię ją z dawnych lat. Kiedyś sama ciągnęła dźwięk, a teraz, mam wrażenie, że robi to akustyk. Moje ulubione wokalistki to Anna Mara Jopek i Kayah.

A Doda?

Byłam na jej koncercie i byłam pod wrażeniem. Dała szoł. Cztery razy się przebierała. Głos ma, ale zrobiła błąd, że zrezygnowała z rockowego śpiewania.

Edyta Górniak?

Zapędziła się w kozi róg. Moim wzorem jest Anna Maria Jopek, która ma swój styl, swoją muzykę, nie jest w głównym nurcie, ale proponuje rzeczy, które znajdują odbiorców. Chciałoby się być w takiej sytuacji.

Miałaś okazję skorzystać z rad słynnej Elżbiety Zapendowskiej?

Poprowadziła warsztaty w Przemyślu. Wtedy nie była jeszcze taka sławna. Jest niesamowita, otwarta. Bywa ostra, ale ja lubię ludzi, którzy nie słodzą. Pani Elżbieta śpiewać nie umie, ale potrafi pomóc początkującym.

Co ci powiedziała?

Że z naszej piętnastoosobowej grupy tylko dwie osoby wiedzą o czym śpiewają. Byłam w tej dwójce. Później zapytała mnie, ile mam lat i stwierdziła, że na ten wiek powinnam śpiewać lepiej. Miała rację.

Próbowałaś sił w takich programach jak „Szansa na sukces”?

Byłam na eliminacjach. Poznałam Wojciecha Manna, który jest po prostu super. Po festiwalu w Brzegu, który wygrałam, poznałam Katarzynę Groniec. Też świetna osoba. Zamiast mi kadzić, dała kilka cennych rad.

Na koncertach zdarzały ci się dziwne historie?

Mogłabym książkę napisać. W Bieszczadach śpiewałam dla żołnierzy na poligonie, na trawie. Wróciłam z ustami, jak Angelina Jolie, bo mikrofon kopał prądem. Na festiwalu Anny German organizatorzy zapomnieli o mnie, o kilku koleżankach, autokar odjechał i na miejsce dotarłyśmy 5 minut przed wyjściem na scenę. Koszmar. W Arłamowie na imprezie na trzysta osób gapowaty konferansjer po pierwszej części koncertu zabrał mi mikrofon i zniknął. Zaczyna się druga część, mój numer już leci, a ja bez mikrofonu. Była niezła karuzela.

W Sędziszowie dostałaś konkretną nagrodę, ale z tym to pewnie bywa różnie.

W Lesznie za Grand Prix nagrodzono mnie portfelem za 15 złotych. Wiem, bo była metka. Był też kubek, długopis i statuetka, która mi się rozbiła. Zwykle dostaje się nagrody rzeczowe. Laptop, lokówkę, śpiwór.. Raz na scenę wniósł mi na scenę żołnierz i świetnie działa do dziś.

Zdarzyło ci się chałturzyć?

Po koncercie z piosenkami Anny German podszedł do mnie pan i spytał, czy zaśpiewam na jego 40. urodzinach. Zaśpiewałam, najlepiej jak umiałam, więc chałturą bym tego nie nazwała. Kiedyś w Leżajsku zaśpiewałam Ave Maria na ślubie przyjaciółki. Wszystko pięknie, tylko trafiłam na gburowatego organistę. Z łaski udostępnił mikrofon, ale musiałam śpiewać w pozycji Adama Małysza. Facet klął, wyzywał pod nosem kobiety w kościele. Cham i prostak.

Jaką masz radę dla początkujących wokalistek?

Praca, wiara w siebie, myślenie i koncentracja. Trzeba szanować tekst, wiedzieć, o czym jest, jakie emocje należy przekazać. Warto mieć odrobinę talentu aktorskiego, no i szczęście do ludzi.

Tomasz Ryzner

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowiny24.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.